piątek, 5 września 2014

Twenty-seventh



Już czas.
Wstaję z ziemi, kiedy upewniam się, że Torrance nadal śpi, i nawet nie oglądam się za siebie. Wiem, że wtedy zaczęłabym czuć pewne opory, a w tej chwili nie mogę sobie na to pozwolić. Nie czas na jakiekolwiek wyrzuty sumienia.
Biorę kamizelkę i łuk z kołczanem. Dopiero co nabyłam tę umiejętność i wciąż nie potrafię się dobrze posługiwać bronią, jednak czuję się pewniej trzymając ją w dłoniach.
Opuszczam szybko obóz, poruszając się niemal na palcach, aby uniknąć konfrontacji z Serafiną, która pełni wartę i wyruszam na poszukiwania.
Po drodze zjadam twardą kromkę chleba, gdyż głód, jaki mi doskwiera staje się coraz bardziej nieznośny i dokuczliwy. Muszę być silna przy walce. Nie mogę zasłabnąć.
Wyglądam i czuję się koszmarnie. Każda rana w mym ciele z każdą minutą pogłębia moje cierpienia. Bok, który oberwał nożem na początku igrzysk, wydaje się już zdrowieć. Na całe szczęście, chociaż jakaś nowina mnie w tym momencie uszczęśliwia.
Po dwóch godzinach wędrówki zaczynam wątpić w sukces mojej misji. Ale za to przez cały czas mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Odwracam się wciąż pełna nerwów i jednocześnie gniewu. Może to Ósemka? Chodź tu do mnie. No chodź.
Jednak nikogo nie widzę. Jestem tu sama.
Kontynuuję podróż i już nie zwracam uwagi na podszepty mojego chorego umysłu.
Skradam się popękanym, zarośniętym chodnikiem i ukrywam w cieniu wielkich budynków. Podświadomie wiem, gdzie znajdę dziewczynę. Z początku szłam niemal na oślep, kompletnie nie wiedziałam, gdzie się znajduję, ale teraz powoli zaczyna do mnie docierać, w którym miejscu areny jestem. Uświadamiam sobie, że nieuchronnie zbliżam się do rogu obfitości.
I czuję, że właśnie tam ją znajdę.
- Myślałaś, że dam Ci iść samej?
Odwracam się przerażona. Moim oczom ukazuje się Serafina. Wściekam się bardziej niż to konieczne.
- Spadaj stąd. Natychmiast.
- Idziesz po nią?
- Wynocha!
- Nie ma mowy – warczy.
Wzdycham poirytowana i patrzę na jej stopę. Opiera się na palcach, piętę ma uniesioną.
- Boli cię noga. Jeszcze bardziej ją sobie uszkodzisz! Do cholery, idź!
- Przecież wiesz, że tego nie zrobię. Sama sobie nie dasz rady. Dobrze. Więc jaki jest plan?
Spoglądam na nią skonsternowana. Plan?
- A więc spontanicznie. W porządku. – Uśmiecha się szeroko i kontynuuje wędrówkę, nie czekając na mnie.
Oczywiście szybko ją doganiam i kręcę głową z niedowierzaniem.
- Nie wierzę w to, co się dzieje.
- Na coś trzeba umrzeć.
Czuję bolesne ukłucie w sercu. Czerwienię się z wściekłości.
- Wolałabym, abyś miała szansę się zestarzeć – cedzę przez usta.
- No cóż. Los najwidoczniej nie jest dla nas zbyt łaskawy.

Po pięciu minutach docieramy do ostatnich budynków, które chronią nas przed widokiem dziewczyny z ósemki. Wychylamy się lekko i oceniamy sytuację.
- Dziwne – stwierdzam. – Jest sama.
W istocie, dziewczyna siedzi samotnie, opierając się plecami o ściany rogu obfitości. Na kolanach trzyma miecz, a jej twarz jest pozbawiona jakichkolwiek emocji.
- Co proponujesz? – pytam Serafinę.
- Nie jestem dobrym strategiem, ale myślę, że rozsądnie byłoby podkraść się z drugiej strony rogu i zaskoczyć ją od tyłu. Spróbujesz zestrzelić ją z łuku albo jak wolisz rzucić w nią nożem. Gdzieś mogą być ukryci jej sojusznicy, o ile się takich dorobiła po stracie poprzednich. Ale posłuchaj. Jesteś pewna, że tego chcesz?
Nie jestem, ale jest to konieczne. Dla naszego dobra. Dla mojego dobra. Zasługuje na śmierć, prawda? Lecz nie ja powinnam to oceniać. Nie do mnie należy wymierzanie kar…
PRZESTAŃ!
Nie myśl. Po prostu zabij.
Robimy tak, jak wymyśliła moja sojuszniczka. Podchodzimy od tyłu, rozglądając się wokół. Nie widzę żadnych ludzi, nie zauważam niczego dziwnego albo podejrzanego. Wszystko przebiega zgodnie z planem, a jednak czuję ukłucie strachu w sercu.
- Witaj – mówię cicho wychodząc zza rogu, jednocześnie lustrując wnętrze budowli. Pusto. A więc nie ma tu nikogo poza nią. – Czyżbyś była sama?
Nie odpowiada, jedynie wzdryga się, słysząc mój głos. Powinnam przystąpić do ataku, lecz jej milczenie wprawia mnie w zakłopotanie i żal. Obracam nóż w dłoni i dyskretnie nakazuję ręką trzymać się Serafinie w ukryciu. Czuję się wystawiona. Muszę jak najszybciej coś postanowić. Jak zabić ją najszybciej? Żeby nic nie poczuła i żeby moje poczucie winy było mniejsze?
Ściągam łuk z pleców, sięgam po strzałę z kołczanu. Dziewczyna spokojnie wstaje, rzuca miecz na ziemię z wciąż nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Poddaje się? Dlaczego?
Nie zastanawiam się dłużej. Celuję w serce i zabijam ją w ciągu pięciu sekund. Upada na ziemię, a ja uciekam z myślą, że nigdy już nie dowiem się co nią kierowało. O czym myślała i dlaczego postanowiła już nie walczyć. Czuję się wypruta i pozbawiona radości.
Właśnie zabiłam człowieka.
Biegniemy. Serafina pomimo bólu stopy, ja pomimo gwałtownych szarpnięć i upływu krwi z moich ran. Dlaczego to wszystko poszło tak łatwo? Dlaczego nie było żadnych przeszkód?

Kiedy na powrót jesteśmy w obozie, zaledwie parę metrów od miejsca, w którym zostawiliśmy naszych sojuszników, parę metrów od cholernego bezpieczeństwa, którego byliśmy tak pewni, Serafina krzyczy i łapie się za krwawiące ramię, z którego tkwi sztylet. Obracam się, skąd jak oceniam dosięgło ją ostrze i błyskawicznie wyciągam jeden z noży. Celuję na oślep, jednak trafiam w jednego z przeciwników. Jakaś dziewczyna pada nieżywa.
Torrance oraz Victor zaalarmowani hałasem oraz wciąż pogrążeni w lekkim śnie, który otaczał ich dziecięce buzie, wyskoczyli z budynku. Z ich twarzy odpłynęła krew, skóra poszarzała i postarzyła ich, o co najmniej 5 lat.
Torrance zestrzelił kolejną z dziewczyn, która wyskoczyła w moją stronę z maczugą w ręce i już odwracał się szukając następnych wrogów, kiedy słyszymy armatni wystrzał i już wiem, że to koniec. Czuję to każdym nerwem mojego ciała. Torrance biegnie w stronę Serafiny i krzyczy. Dziewczyna ma poderżnięte gardło. Widzę jak upada z pustką w oczach. Dziewczyna, która to uczyniła stoi z wyszczerzonymi zębami i śmieje się głośno. Jest sama. Jej towarzyszki już nie żyją. Torrance w jednej chwili rzuca się na blondynkę z dwójki, wyszarpuje jeden z noży, które trzymam w dłoni i wbija go jej prosto w klatkę piersiową. Wrzeszczy i bije jeszcze pięściami dziewczynę, mimo iż ona jest już dawno martwa.
Osuwa się na chodnik obok Serafiny, pada na kolana, tuli ją i mówi do niej. Podchodzę, płaczę razem z nim. Obejmuję go i Serafinę od tyłu. To moja wina. Nie potrafiłam jej uratować.. Torrance mnie znienawidzi, gdy tylko to zrozumie. To moja wina. To moja wina!
Całuję go po policzku i ścieram ustami słone łzy chłopca. Chcę nacieszyć się jego bliskością, ostatni raz. Podchodzę bliżej Serafiny i gładzę ją po włosach, szeptając przeprosiny.
Dlaczego, mimo smutku, czuję również ulgę? Nie powinnam tego czuć. Nie mogę tego czuć.
Serafino, przebacz mi.
Byłaś i zawsze będziesz dla mnie siostrą.
Kocham cię..
Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa.
I wolna.

_____________________________________________________
Przepraszam za chaos jaki stworzyłam, przepraszam za tak długi czas nieobecności i przepraszam, że nie potrafię porządnie zakończyć tego opowiadania. Ale postaram się.

wtorek, 22 lipca 2014

Twenty-sixth

Nawet nie zauważyłam, kiedy wtuleni w siebie, położyliśmy się na podłodze. Chodź ziemia jest twarda, zimna i niewygodna, jest mi lepiej niż na okazałym, puszystym łóżku w Kapitolu.
Serce wali w piersi, a momentami mam wrażenie, jakby chciało z niej uciec i pofrunąć w przestworza. Torrance zasypia niedługo przed świtem, a ja wciąż pełnię wartę. Nie chcę budzić Serafiny czy Victora, żeby się tym zajęli. Przecież już tyle spałam przez te dwa dni, dam sobie radę. Poza tym nie zamierzam opuszczać objęć chłopca. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Wsłuchuję się w ćwierkanie ptaków, które wystawiają dla mnie prywatny koncert. Uśmiecham się do nich, mimo iż mnie nie widzą.
Lecz wraz ze światłem poranka dociera do mnie myśl, że to ostatni dzień spokoju i jeśli nikt w dobie obecnej nie zginie, Organizatorzy mogą stworzyć nam piekło. Obmyślam plan, jak opuścić na jakiś czas moich towarzyszy i w pojedynkę znaleźć ósemkę oraz ją zaatakować. Może powinnam mówić na nią Larwa? A może Skunks lepiej by pasował? Albo Gnida?
Nienawiść jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nie dawała mi się we znaki. Krew wrze w moich żyłach z wściekłości, a ciało wymaga szybkiego działania.
Lecz, mimo iż przyrzekłam sobie, że nie zasnę, organizm i tak zrobił swoje. Kolejny raz zachowałam się nieodpowiedzialnie i przysnęłam, na co najmniej 10 minut.
Budzi mnie delikatny ruch Torrance’a. Ścisnął mocniej moją dłoń i wtulił twarz w moje włosy. Ogarnia mnie zdenerwowanie. Przecież tak długo ich nie myłam. Są okropnie brudne i nieuczesane. Większość kosmyków już dawno wysunęła się z warkocza, którego uplótł mi Sierra. Mam ochotę wyrwać się z objęć chłopaka i ukryć jak najdalej.
Czarnowłosy wkrótce się budzi. Przez moment sztywnieje, ale po upłynięciu morderczych dla mnie dwóch sekund, rozluźnia się. Ściska mnie serdecznie.
- Dziękuję. Co ja bym zrobił bez Ciebie – szepcze mi do ucha, rozciągając kończyny.
Uśmiecham się pod nosem, choć nie mam takiego zamiaru i podnoszę się z jego ramion. Czuję, że się czerwienię, więc odwracam głowę.
 - Zaraz wracam – informuję go i wychodzę.
Idę przez jakiś czas przed siebie w poszukiwaniu jakiegoś strumyka i niebawem odczuwam zasłużoną satysfakcję. Przezroczyste krople uśmiechają się do mnie, zachęcają do kąpieli, a ja nieodwracalnie stwierdzam, że coś jest ze mną nie tak oraz do końca postradałam zmysły. Rozglądam się uważnie i przez jakiś czas nasłuchuję. Niedługo potem zdejmuję ubrania (o dziwo do samej bielizny) oraz zażywam błyskawiczną kąpiel. Najwięcej czasu poświęcam włosom.
Nie wiem, po co robię to, co robię. Oszalałam. Bezsprzecznie oszalałam. Na arenie nie ma miejsca na takie głupoty. Wybij sobie z głowy te bzdury dziewczyno!
Ale nie mogę.
Zaplatam mokre włosy w warkocz i ubieram się pospiesznie. Ciuchy przylegają do mokrej skóry, co podczas intensywnego, powrotnego marszu mnie irytuje, lecz robię wszystko, co w mojej mocy, aby to zignorować. Teraz powinnam wykorzystać szansę i odejść. Zabić.
Jednak… Jeszcze tylko jeden dzień. Proszę tylko o jeden dzień.

Gdy powracam do obozu, widzę jak Torrance wyciąga z kieszeni scyzoryk. Patrzę jak majstruje coś przy jednej ze strzał. Na jego twarzy wymalowane jest pełne skupienie i spokój. Nie mogę oderwać wzroku od jego ślicznych błękitnych oczu. Wzdycham poirytowana i siadam pod jednym z drzew. Wyjmuje nóż z kamizelki i obracam nim w palcach.
Oglądam uważnie nieskazitelne ostrze, po czym wbijam je z wściekłością w ziemię. Chłopak patrzy na mnie przez jakiś czas i ponownie zawiesza swój wzrok na strzałach.
- Wszystko w porządku?
- Jak najbardziej – odpowiadam z zaciśniętymi zębami.
Jednak wcale tak nie jest. Jak może być w porządku skoro nie potrafię im pomóc?
Pragnę go uratować. Pragnę uratować ich wszystkich, ale wiem, że to niemożliwe. Wygra tylko jeden, reszta zginie. Czy tego chcemy, czy nie, to nasze ostatnie chwile.
- Nie wiedziałem, że umiecie strzelać z łuku – mówi cicho, nie spoglądając w moją stronę.
- Nie umiemy. Ale myśleliśmy, że to proste. Chciałam się nauczyć, ale jakoś mi to nie wychodzi.
- To łatwe. Po prostu trzeba umieć się do tego zabrać. Chodź – wstaje, podchodzi do mnie i wyciąga rękę. – Pokażę Ci, co i jak.
Ignoruję wystawioną dłoń i sama się podnoszę. Chłopak uśmiecha się tylko zadziornie i ściąga swój łuk z pleców.
Biorę do ręki swój i spoglądam na chłopaka.
- A więc nasze łuki są z drewna. Klejone listwy palisandrowe i rdzeń majdanu z orzecha o ile się nie mylę oraz włókno szklane barwione na czarno. Warto zauważyć, że zastosowano tu włókno szklane i żywice, które…
- Okay. Po co mi wiedzieć z czego zrobiony jest łuk? – przerywam mu. – Do rzeczy.
Mruży oczy i wykrzywia twarz w grymasie, lecz wkrótce wzdycha i kontynuuje lekcję.
- Dzięki wysokiej klasy materiałom uzyskuje się bardzo dobrą dynamikę i elastyczność ramion łuku przy dużej sztywności poprzecznej i odporności na skręcenie. Ten model charakteryzuje się łatwym zakładaniem cięciwy...
- Może przejdźmy do praktyki.
- Zamkniesz się w końcu? Próbuję Cię czegoś nauczyć! – warczy, ale uśmiecha się lekko.
- Taaa.. No już się zamykam.
- Z tego łuku może strzelać każdy. Nie ważne czy jesteś prawo- czy leworęczna, możesz użyć techniki…
Otwieram usta, lecz Torrance nie daje mi dojść do głosu.
- Kobieto!
Patrzę na niego spode łba.
- Nieważne jaką techniką. Nieważne. Okay. A więc jest szybki. Ma lekkie ramiona, które posyłają strzałę z dużą prędkością.
Milczę.
Uśmiecha się z satysfakcją.
- Koniecznie potrzebujemy karwasz oraz skórkę łuczniczą. Niestety Organizatorzy nas w to nie zaopatrzyli, a więc musimy sobie radzić sami. Owiń rękę oraz przedramię dodatkowym materiałem. Może coś pomoże. – Kiwam głową. - Strzelanie z łuku wymaga obu rąk. Strzelec trzyma w jednej, wyprostowanej ręce łęczysko nieco poniżej połowy jego długości. Dłoń tej ręki stanowi też zwykle powierzchnię utrzymującą strzałę prostopadle do drzewca. Drugą ręką łucznik trzyma jednocześnie cięciwę w połowie jej długości oraz opartą na niej strzałę i przez odciągnięcie tej ręki do tyłu naciąga cały łuk. Po wycelowaniu puszcza cięciwę, która pchana w kierunku drzewca przez jego siły sprężystości wystrzeliwuje strzałę.
Patrzę w jego stronę z otwartymi ustami. Nie ma co. Widać, że jest teraz w swoim żywiole.
- Ehhh. Pokażę Ci.
Kiedy on to robi wydaje się dużo prostsze. Gdy mówi, sprawy przybierają o wiele gorszy obrót.
Staje obok, pokazuje wszystko po kilkadziesiąt razy. W końcu załapuję, o co chodzi i szczerzę się do niego w uśmiechu, kiedy po raz pierwszy udaje mi się trafić w najbliższe drzewo. Pod koniec treningu jestem wymęczona i poobijana. Wycieram pot z twarzy i przybijam piątkę wraz z Torrancem. Victor od jakiegoś czasu nam się przygląda, ale nie komentuje moich poczynań.
- HA, braciszku! Umiem! A ty nie! HA! Dobra już jestem cicho.
Wymieniamy z blondynem rozbawione spojrzenia.

Victor i Serafina podejmują się wspólnej warty. Ja i Torrance kładziemy się niedaleko, poza zasięgiem ich wzroku. Zjadamy ostanie paski suszonej wołowiny i owoce z paczki.
- Dzięki za lekcję. Całkiem niezły z ciebie nauczyciel – stwierdzam, przeżuwając.
- A z ciebie dobra uczennica. Poza kiepskim początkiem – śmieje się. – Momentami mam wrażenie, że twoja gęba nigdy się nie zamyka.
- Co tak ostro, młodziaczku! Jestem niezłym milczkiem, kiedy mam na to ochotę!
- Okay, okay. Wierzę ci na słowo.
Kładziemy się na ziemi i przez jakiś czas staramy się usnąć. Patrzę na szare niebo i wtedy coś dużego przefruwa mi przed oczami. Odskakuję przerażona z cichym okrzykiem na ustach. Torrance łapie mnie za rękę.
- Spokojnie. To tylko motyl – mówi kojącym głosem.
Spoglądam na niego i przymykam oczy. Ogarnia mnie smutek. Chowam twarz w dłoniach. Chłopak zmartwiony i poważnie zaniepokojony podchodzi bliżej mnie i obejmuje ramieniem. Jestem zaskoczona, ale nie odsuwam się od niego.
Boję się. Z każdą chwilą coraz bardziej. O życie Torrance’a. O Victora. O Serafinę. O rodzinę. O to, że ich mogę stracić, bądź, co bardziej realne… Stracę ich.
Podnoszę wzrok i patrzę na czarnego motyla o rozpiętości skrzydeł równej mojej dłoni. Fruwa wokół naszych głów, po czym po upływie paru minut opuszcza nasze towarzystwo.
- Czytałam kiedyś o tym, że… - zawieszam głos.
- O czym? – pyta chłopiec. Jego oddech łaskocze mnie w szyję.
Zastanawiam się przez chwilę. Czy powinnam o tym mówić? Nie mogę się skupić. Torrance jest za blisko.. Ale jest mi tak miło..
- Kiedyś.. Przed katastrofami, które zniszczyły prawie całą ziemię, pewna grupa ludzi wierzyła, że czarne motyle przynoszą nieszczęście. Osoba, która go zobaczyła, niedługo potem umierała.
Cisza. Wokół, we mnie, wszędzie. Ciało chłopca zwiotczało.
- To całkiem prawdopodobne. W końcu jesteśmy na igrzyskach – odpowiada po paru minutach przygnębiony. Wtedy czuję jak coś spływa po moim karku. Odwracam się i widzę jak łzy spływają po jego policzkach. Zasłaniam jego twarz przed kamerami. Na pewno nie chce, aby ktoś go zobaczył w takiej sytuacji. Łzy są takie osobiste.. Nikt nie powinien ich oglądać.
Przytulam go, dzięki czemu może skryć się w moich włosach.
Jak to możliwe, że w ciągu tych paru dni staliśmy się sobie aż tak bliscy? Jeszcze niedawno myśl o przytulaniu Torrance’a napawała mnie lękiem. Co się ze mną dzieje? Jak mogłam pozwolić sobie na tą słabość z mojej strony? Dlaczego okazuję się być taka jak wszyscy?
Nic nie mówię, bo w tej chwili nie ma żadnego słowa czy zdania, które mogłoby złagodzić jego ból. Po co mam go pocieszać i mówić mu, że jest bezpieczny? Przecież to nieprawda. Nie mogę mu zapewnić nawet tego, że dożyje następnych dwudziestu czterech godzin.
Za jakiś czas się uspokaja. Podnosi głowę znad moich ramion, wbija wzrok w ziemię.
Przesuwam jego grzywkę, odsłaniam powieki i czekam aż chłopak na mnie spojrzy. Wkrótce to robi, dzięki czemu mogę napawać się błękitem jego tęczówek. Są śliczne. Granatowe na obrzeżach oczu, jasnoniebieskie bliżej źrenic.
Co jest ze mną nie tak?

środa, 16 lipca 2014

Twenty-fifth

Potrzebuję planu. Ból, jaki mi doskwiera, staje się coraz bardziej nieznośny, lecz w dalszym ciągu to chęć pomsty stawiam, jako mój priorytet. Rany, jak to rany, leczą się dość wolno, jednak nie uziemią mnie tutaj do końca igrzysk. Na pewno nie będą w stanie. Gdy nie ruszę się w przeciągu 24 godzin z miejsca, Kapitol może wymyślić nam całkiem przekonujący powód to tego, abyśmy zaczęli działać.
Zabicie blondyny z ósemki jest moim zadaniem. Nie pozwolę nikomu innemu tego dokonać. To ja muszę ją zabić.
Staram się podnieść z ziemi, lecz skutek jest odwrotny od zamierzonego. Syczę wściekle z bólu i padam bez tchu, uderzając tyłem głowy o grunt. Uciszam się, krzycząc w duchu, abym przestała się nad sobą użalać i wzięła do roboty. Wtem słyszę przyspieszone kroki i uświadamiam sobie, że ciężko mi tu będzie o samotność, jakiej w tej chwili niezmiernie potrzebuję. Zirytowana odwracam głowę w stronę dźwięku, wszakże chwytam nóż pomiędzy palce. Na wszelki wypadek.
Zaskakuje mnie moja nowa postawa. Jeszcze niedawno bałam się stawić czoła śmierci, którą mogę spowodować. Teraz zachowuję się instynktownie, wbrew mojemu sercu czy rozumowi. I to mnie przerasta. Nieświadomość własnych czynów.
- To tylko ja – słyszę niski głos. – Chciałbym z tobą porozmawiać.
Kiwam głową w momencie, gdy pojawia się w moim zasięgu wzroku.
- O co chodzi? – pytam po upływie minuty, gdyż chłopak tylko usiadł obok i wbił wzrok w przestrzeń.
Odwraca się na chwilę, zaciskając mocno powieki, po czym zwraca swoje spojrzenie na mą twarz. Mimowolnie czuję, że się czerwienię. Z niewiadomego powodu. Jednakże nie odcinam się od jego oczu i chłonę ich błękit.
- Pomożesz mi wstać? – Nieśmiałość przemawia wraz z moim głosem, niemniej jednak nie przejmuję się tym. – Nawet nie wiesz jak wkurza mnie to, że muszę na kimś polegać – wyrzucam z siebie.
- To najgorsze ze wszystkich uczuć. Bezradność – mówi cicho.
Podaje mi rękę, a drugą łapie za moje plecy i podnosi delikatnie. Staram się nie krzywić i nie krzyczeć.
Opieram się o pień drzewa. Od czasu mojego „wielkiego przebudzenia”, kiedy to już wszyscy myśleli, że już dawno po mnie, ale nie mało ich zaskoczyłam, gdy jednak wróciłam do żywych, moi towarzysze przenieśli mnie bliżej swojego obozu. Byliśmy pośród kilku drzew osłonięci krzewami. Zarówno przed nami, jak i za nami w oddali można było zobaczyć ogromne wieżowce.
Serafina i Victor spali w jednym z jednopiętrowych budynków, a dokładniej w sklepie ze zwisającym plakatem, który głosił przecenę pomidorów.
- A więc zabiliście ostatniego z przedstawiciela płci męskiej u zawodowców… - Dopiero teraz sobie to uświadamiam.
W grze poza moim bratem i Torrancem pozostał tylko długowłosy chłopak, który zadał mi moją pierwszą ranę. Jego też zabiję. Zaraz po ósemce.
- Tak – potwierdza cicho. – Ten drugi był chyba z piątki.
- Niesamowite, że w tym roku wszystko przebiega inaczej niż zazwyczaj. Jak to się stało, że zawodowiec z jedynki spiknął się z piątką i ósemką? A gdzie dziewczyny z jedynki i dwójki? Przecież na początku trzymali się razem! To nie ma sensu.
- Nie ma to znaczenia. Nie myśl nad tym.
- A więc ilu nas pozostało?
- Nie licząc nas? Sześcioro.
- Ktoś jeszcze umarł, jak byłam nieprzytomna?
- Dziewczynka z siódemki.
- Ta dwunastolatka?
- Tak.
Milczę przez jakiś czas i oddaje hołd dzielnej dziewczynie. Wytrzymała bardzo długo…
Chłodny wiatr sprawia, że zaczynam drżeć, więc mocniej okrywam się płaszczem. Słońce mknie ku zachodowi, a na twarzy czuję ostatnie świetliste promienie.
- Obchodzi Cię tylko jego bezpieczeństwo – nie pyta, stwierdza fakt. Nie słyszę w jego głosie żalu, czy złości. Czuję tylko smutek.
Odwracam wzrok. Victor… Nienawidzę go, ale nie przeżyłabym gdyby coś mu się stało. Musi wygrać. Musi być wolnym, musi zacząć kochać, żyć. Mimo iż ja nigdy nie miałam takiej możliwości. Zresztą… Nie chcę istnieć, prawda? Nie zależy mi na tym. Więc dlaczego wciąż to powtarzam?
- A ty chcesz uratować Serafinę – zamykam oczy. – I co teraz zrobimy? – pytam. Łzy cisną mi się do oczu, powstrzymuję je i z wściekłością zaciskam dłonie w pięści. Chowam je za plecami.
Dlaczego się tak zachowuję? Nie wiem. Ledwie ich znam, lecz czuję się jakby byli moimi przyjaciółmi od zawsze. Nie chcę ich stracić, nie tak jak Laoise, a ta okropna myśl, która napiera na mnie z każdej strony, powoduje, że nie potrafię wyzbyć się smutku. Nie ma możliwości żebyśmy wszyscy przetrwali. I doskonale o tym wiemy.
- Może nie powinniśmy być sojusznikami – mówi.
Sam pomysł, że Serafina i Torrance mieliby nas opuścić… Doprowadza mnie do tak głębokiej rozpaczy, że nie mam ochoty do ani jednego oddechu. Zachowuję się jak małe dziecko, małe durne dziecko. Wiem.
- Tylko, że ja tego nie chcę – szepcze.
Wbijam wzrok w chłopca. Jestem zdezorientowana, jestem smutna i szczęśliwa zarazem, a moje serce przenika dziwne, podejrzane ciepło.
- Ja również… - wyrywa mi się. - To nienormalne – kręcę głową wściekła za okazanie mojej gwałtowności. Wbijam paznokcie w ziemię. – Przecież ty mnie nienawidzisz – uśmiecham się.
- Ależ oczywiście, że tak – potwierdza, po czym również wyszczerza zęby w uśmiechu. – Zwłaszcza za to jak poświęciłaś własne życie, żeby nas ratować. Chciałbym ci podziękować. Gdyby nie ty… Wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Obawiam się, że znacznie gorzej dla Serafiny – urywa.
Znowu na mnie patrzy i odczuwam jego wahanie. Tylko czego ono dotyczy?
Parę sekund później się dowiaduję. Chłopak sięga niepewnie po moją dłoń i zamyka w serdecznym uścisku. Przez jakiś czas mam nieodparte wrażenie, że chce mnie przytulić, a może to tylko ja tego chcę? Ale dlaczego? Wciąż stawiam sobie to pytanie i za cholerę nie mogę na nie odpowiedzieć.
- Czy wszystko z nią w porządku?
- Myślę, że tak. Dość mocno kuleje, przez jakiś czas w ogóle nie mogła chodzić, jednak całe szczęście żadna kość nie jest złamana.
Kiwam głową w akcie zrozumienia i staram się ukryć fakt jak koszmarnie mi zimno. Torrance nie daje się zwieść i proponuje, aby dołączyć do reszty. Zgadzam się od razu z myślą, że może w pomieszczeniu będzie cieplej. Niestety bardzo się mylę.
Nie jesteśmy w stanie odważyć się na rozpalenie ogniska. Zaczyna się robić ciemno, więc zabójcy z łatwością mogliby nas znaleźć. Tracę czucie w palcach u rąk i stóp. Moje myśli mkną ku wspomnieniom, gdy brałam gorącą kąpiel w Ośrodku Szkoleniowym, czy gdy zagrzebywałam się w cieplutkiej i mięciutkiej pościeli.
Spoglądam na Victora, który śpi otaczając ramieniem wątłe ciałko szatynki. Od razu robi mi się lepiej na sercu, gdy to zauważam. Wiem, że tak jest im cieplej i że tylko dlatego się przytulają, jednak to, iż są w stanie sobie zaufać w takim stopniu, żeby spać ramię przy ramieniu napawa mnie swego rodzaju dumą.
- Moja kolej na wartę, idź się trochę prześpij – rzucam w stronę Torrance’a i siadam na brudnych kafelkach zaraz przy wejściu.
Chłopiec nic nie mówi, tylko kładzie się niedaleko. Ciemność, jaka zaczyna mnie otaczać ma przytłaczające działanie. W mojej głowie zaczyna krążyć mnóstwo niedorzecznych pytań i myśli.
Jak zdołam pokonać resztę zawodników? Kto z nas zwycięży? Czy będę musiała zabić naszych sojuszników? Ostatnie pytanie wyskakuje niespodziewanie i równie szybko ląduje w koszu. Nie mogę tego zrobić.
Serce mi przyspiesza, jedyne, co działa na mnie uspokajająco, to powolne i ciche oddechy moich kompanów. Spoglądam na wszystkich po kolei i zauważam, że Torrance wciąż nie śpi.
- Wszystko w porządku?
- Po prostu nie mogę spać. Jest mi za zimno – odpowiada.
- Chodź tutaj – proponuję ku mojemu zaskoczeniu.
Widzę jego niepewność, zwleka parę minut, jednak powoli podnosi się z ziemi a następnie siada obok mnie.
- Trzymaj – rzucam mu na kolana swoje rękawiczki.
- Przestań. Tobie nie jest zimno?
- Oczywiście, że nie. Zakładaj je natychmiast – chowam dłonie w rękawach długiego płaszcza i staram się ukryć sine i zdrętwiałe palce.
Boże! Czy wszędzie jest tak zimno? Czy oni robią nam to specjalnie?! Cholerni organizatorzy.
- Dzięki – wzdycha z ulgą, gdy je zakłada.
- Mam jeszcze czapkę, chcesz? – pytam.
Kiwa głową z wdzięcznością.
Rozpoczyna się długa cisza, a mrok pochłania nas na dobre. Już nic nie widzę.
Ale za to czuję.
Jestem zdumiona, gdy ciało Torrance’a przybliża się do mojego. Z początku stykamy się tylko ramionami, ale wkrótce również kolanami, biodrami… Przez jakiś czas czuję się dość niezręcznie, lecz niedługo potem uświadamiam sobie jak bardzo jestem mu za to wdzięczna. Zimno przewyższa ból wszystkich moich ran.
Zaczynam szczękać zębami i robię wszystko, aby chłopak nie wyczuł dreszczy, które mną wstrząsają. Na marne oczywiście idą moje starania. Zauważa je wraz z momentem rozpoczęcia.
Sięga po moje dłonie i ogrzewa swoimi, a nawet zmusza mnie, żebym również włożyła je do rękawiczek. Efekt jest taki, że splatamy palce i ściskamy się wzajemnie, co jakiś czas, by dodać sobie otuchy.
Wiem, że to tylko dlatego, że jest mu zimno i nie czuje w stosunku do mnie nic więcej, jednak… Mam nieodparte uczucie, że chciałabym coś więcej. Chciałabym, żeby mnie kochał. Szybko pozbywam się tej myśli z umysłu i wspominam delikatne usta Sierry. Długo jednak o tym nie rozmyślam, gdyż w takich warunkach po prostu nie daję rady. Wiem, że to nie jego wina, jednak uderza mnie niesprawiedliwość tego, że jemu jest ciepło. Pewnie znalazł sobie śliczną dziewczynę i jest szczęśliwy. Bo ta dziewczyna może dać mu coś, czego ja nie potrafię.
Gwarancję swojego życia, a także miłość. Taką prawdziwą.
Kocham Sierrę, to oczywiste, jednak, nawet gdybym miała możliwość, nie byłabym w stanie… pójść z nim do łóżka, spłodzić dzieci. Po prostu nie potrafiłabym tego uczynić. Nie mogłabym pozbyć się mojego wstrętu do seksu oraz nagości.
Moja miłość znacznie różni się od miłości innych ludzi. Nic na to nie poradzę…
Kładę głowę na ramieniu Torrance’a, a on się o nią opiera. Jego również kocham moją miłością. I choć wielu ludzi uważa to za niepoprawne, niemożliwe i absurdalne, ale stało się. Kocham ich obu, lecz… nie mogłabym tego zrobić.
____________________________
Mam nadzieję, że Was nie rozczarowałam. Przepraszam jeśli tak.

Obserwatorzy